Free beat
Gdy za sprawą „Los Angeles”, swojego drugiego albumu – do dziś bodajże najbardziej indywidualistycznego i wizjonerskiego – Flying Lotus przedzierał się do świadomości szerszego kręgu słuchaczy, dziennikarze co rusz przywoływali fakt, że jest on krewnym Alice Coltrane. Muzycznych oddźwięków tej więzi trudno doszukiwać się w jego ówczesnych rozklekotanych, posthiphopowych produkcjach, ale nie pozostała ona bez wpływu na drogę twórczą, jaką obrał Steven Ellison. Podsycane łaknieniem transcendencji, freejazzowe dążenia praciotki Kalifornijczyka znalazły swoje odbicie w „You’re Dead!” – 40-minutowej suicie, której tematem przewodnim jest śmierć. Nie chodzi tu jednak o tabuizowany przez współczesną kulturę kres egzystencji biologicznej, ale o uwalniający z okowów ciała nowy początek, niezależność totalną. Papież sceny bitowej, wspierany przez zastępy instrumentalistów i wokalistów (wymienić wystarczy Herbiego Hancocka i Snoop Dogga), ma nadzieję znaleźć we śnie wiecznym autonomię i swego rodzaju dźwiękowe spoiwo, łączące przeszłość z przyszłością. Improwizacyjna dezynwoltura przeziera przez piosenkowe formy, a elektroakustyczna, (poli)rytmiczna struktura stanowi tło dla – tak bliskich wspomnianej Alice Coltrane – tonów należących do porządku nie muzycznego, ale mistycznego. W tym właśnie metafizycznym aspekcie tkwi największa moc płyty, której lejtmotyw przestraszył Pharrella Williams na tyle, że nie przyjął zaproszenia do studia. Współczesna kultura bowiem nie boi się śmierci jako takiej; boi się tego, że za jej progiem znajdują się już tylko rzeczy, których nie można sprzedać ani kupić.
Flying Lotus
„You’re Dead!”
Warp

