Urszula Jabłońska
SYLWETKA / PUNK ROCK / MAGIK /OGRÓDEK: Ten Ocy

Mateusz Kościukiewicz, z którym rozmawiam w przerwie sesji zdjęciowej, jest w samych majtkach i ma pomalowane na czarno oczy. Kiedy na ekrany kin wszedł film Jacka Borcucha „Wszystko, co kocham”, Mateusz – odtwórca głównej roli zbuntowanego wokalisty zespołu punkowego – od razu został okrzyknięty polskim Robertem Pattisonem, Heathem Ledgerem, a nawet Jamesem Deanem. Nie zrobiło to na nim wrażenia. – Moje ego jest poskromione – zapewnia – Pattison jest tylko rok starszy ode mnie. Czym on może mi imponować? Tym, że robi karierę w Hollywood?
Kościukiewicz ma na koncie role m.in. w „Nightwatching” Petera Greenawaya i „Tataraku” Andrzeja Wajdy, ale zaznacza, że jeszcze nie czuje się aktorem, tylko adeptem wielkiej sztuki. – Od małego miałem problem z powstrzymywaniem emocji – opowiada Mateusz. – To był chaos, nie umiałem odpowiednio wykorzystać tej energii. Angażowałem się w różne łobuzerskie sytuacje, które przysparzały mi kłopotów. Wtedy poszedłem do teatru i zobaczyłem, jak aktorzy wykorzystują emocje na scenie. Od razu wiedziałem, że to coś dla mnie.
Najpierw chwilę studiował lalkarstwo we Wrocławiu, później pomieszkiwał na squacie, aż w końcu dostał się do szkoły teatralnej w Krakowie. – Dopiero tam spotkałem ludzi, którzy rozumieli, co do nich mówię. Poczułem, że znalazłem się w miejscu, w którym po raz pierwszy od wielu lat nie czuję się obcy.
Do filmu Borcucha trafił przez casting. To jego pierwsza duża rola. Nie wychowywał się na punk rocku, chociaż w liceum słuchał starego rocka – Deep Purple, Led Zeppelin, The Doors. Szybko jednak wczuł się w klimat tamtych czasów. – Przemówiła do mnie ta muzyka, proste instrumenty i teksty mają wielką siłę wyrazu – opowiada. – Jacek Borcuch pokazywał nam materiały z koncertów i festiwali punkowych, ale przede wszystkim opowiadał, jak to wyglądało z jego perspektywy.
W filmie Mateusz musiał śpiewać na żywo, mimo że wcześniej nie miał w tej materii żadnego doświadczenia. – Odkryłem, że głos jest wielkim narzędziem. Pozwala wpłynąć na drugiego człowieka, poruszyć go – mówi. To nie była jednak jego jedyna rola, w której musiał operować głosem. Na deskach teatru Studio wcielił się w Magika z Kalibra 44 w sztuce „Jesteś Bogiem. Paktofonika – bohaterowie czasów transformacji”. – Teksty Kalibra są genialne – mówi Mateusz o swojej przygodzie z rapem. – Słowa tej legendarnej grupy porywają ludzi. Po tym epizodzie chciałby więcej grać w teatrze i wydaje się, że jego marzenia mogą się spełnić, chociaż na razie niechętnie o tym mówii. – Najważniejsze to spotkać odpowiednich ludzi, którzy nie będą się bali zaryzykować, wskoczyć na głęboką wodę, sprzeciwić trendom – zaznacza. Uważa, że rolą aktora jest poruszanie innych. – Nie chodzi tu o to, czy robimy wielką sztukę, ale o to, czy odbiorca w jakikolwiek sposób zaczyna się zastanawiać nad samym sobą. Daliśmy się zniewolić, a ja staram się uwolnić ludzi z więzienia znieczulicy. W przyszłości planuje wyjechać do Pragi i uprawiać tam ogród. Lubi spokój i ciszę. Na razie jednak nie będzie miał jej zbyt dużo. Już latem zobaczymy go w filmie Pawła Sali „Matka Teresa od kotów”, w którym wcielił się w rolę dwudziestolatka, który zabił własną matkę.


Zobacz też:






KONKURSY AKTIVISTA
Wielka Domówka! Pragnienie Imprezowania? SPRITE Zgasi!

RAY-BANY NA TWOIM NOSIE! ZAGRAJ O IMPREZĘ ŻYCIA!


Zrób to! Wygraj bilet i przejdź
na drugą stronę lustra!!!

Wygraj główną nagrodę!

WASZA MUZYKANagrałeś lub wyprodukowałeś
utwór muzyczny? Daj posłuchać!

WASZE RECENZJEMasz swoją opinię. Wyraź ją!
Czekamy na wasze recenzje muzyczne

WASZE LINKOWANIEPrzeczytałeś ciekawy artykuł w sieci lub znalazłeś coś ciekawego w sieci, podaj linka.




