Łukasz Chomyn
DESKI | ZJAZDY | ADRENALINA: Sanki na betonie

Dolny Śląsk, Przełęcz Puchaczowa koło Stronia Śląskiego, kręta górska droga o dużym nachyleniu. Na asfaltowej nawierzchni ubrani w kombinezony, rękawice i kaski zawodnicy szykują się do zjazdu. Koło nich leżą na ziemi dziwne konstrukcje na kółkach wyglądające jak przerośnięte deskorolki – niektóre są bardzo szerokie, inne wyjątkowo długie. Longborderzy i wielbiciele street luge’u, zanim ruszą w dół, zamiatają nawierzchnię – trafienie z prędkością 100 km/h na kamień czy oderwany kawałek jezdni zazwyczaj kończy się nieprzyjemnie. Zwłaszcza gdy jedziesz zawieszony kilka centymetrów nad ziemią bolidem na niewielkich kółkach, za ochronę mając tylko kombinezon motocyklowy, własny refleks i wsparcie świętych.
Sanki na betonie
Street luge to szosowa wersja jazdy na... sankach. Narodziła się, gdy znudzeni skateboarderzy zaczęli zjeżdżać na deskach ze wzniesień San Francisco w pozycji leżącej. Z czasem wykorzystywali coraz szersze deski z przymocowanym siedziskiem. Bolid to zazwyczaj wykonana własnoręcznie, aluminiowa konstrukcja, która dzięki ciężarowi leżącego kierowcy i umiejętnemu balansowaniu ciałem rozwija pokaźne prędkości. – Na przełęczy Biały Krzyż w Szczyrku udało mi się rozpędzić do 115 km/h. Rekord świata przekracza nieznacznie 160 – opowiada DziaDek – jeden z prekursorów street luge’u w Polsce. W latach 90. zobaczył relację z zawodów X-Games i obiecał sobie, że kiedyś coś takiego sobie sprawi. 6 lat temu zbudował pierwszy pojazd. – Pamiętam jak dziś, cały drewniany, zwykłe koła od deskorolki, ale ileż było uciechy… Rok później zbudowałem kolejny model TRX3, który miał już aluminiową konstrukcję i drewniany blat. Potem zbudowałem trzeci model, całkowicie aluminiowy, i na nim jeżdżę do tej pory – opowiada DziaDek.
Bolidy wykorzystywane w sportach grawitacyjnych, a to do nich zalicza się street luge, nie posiadają jakiegokolwiek układu kierowniczego, trudność polega na tym, że steruje się nimi balansując ciałem lub wykorzystując opór powietrza. – Nie ma hamulców. Zatrzymujemy się używając... butów, które wystarczają czasem tylko na kilka zjazdów – w zależności od stopnia trudności trasy. Droga hamowania zależy od siły, z jaką dociskasz stopy do powierzchni jezdni, co często prowadzi do tzw. efektu „smoke shoes” – opowiada DziaDek. Niektórzy podklejają buty gumą z opon samochodowych. Nie trudno domyślić się, że street luge należy do sportów bardziej urazowych od brydża i kometki. Otarcia zdarzają się bardzo często, rzadziej zwichnięcia czy złamania – Jeździmy zawsze w kaskach typu „full” z szybką, jednak na urazy najbardziej narażone są dłonie – wkładamy więc bardzo odporne kewlarowe rękawice z wysokim mankietem – wylicza DziaDek. Najbardziej niebezpieczne są wszelkie nieoczekiwane spotkania z innymi użytkownikami dróg, bywa też tak, że jadące obok siebie bolidy sczepią się ze sobą i wówczas to już nic nie pomoże. O skali urazów decyduje tylko doświadczenie.
Na deskę!
Longboard z kolei to coś w rodzaju przerośniętej deskorolki, która dzięki swoim rozmiarom, osiągającym nawet 2 metry, pozwala na rozwijanie znacznych prędkości. W przeciwieństwie do street luge’u zawodnik nie kładzie się na desce, lecz pochyla się do przodu i pozostawiając ręce w tyle pokonuje przestrzeń z szybkością sięgającą 80-100 km na godzinę. – Przy takiej prędkości hamować najlepiej wykorzystując opór powierza – z pozycji „głową w dół” przechodzisz do pionowej, następnie rozkładasz ręce – opowiada Dawid Pabian. W Polsce jest około trzydziestu aktywnych entuzjastów gravity sports. – Streetlugowcy zaczęli już ładnych parę lat temu, na longboardach jeździmy jak na razie 2-3 sezony – przyznaje Dawid. – Naszą ulubioną miejscówką jest Góra Żar koło Krakowa. Trasa jest urozmaicona – są zakręty, są proste odcinki. Brakuje jedynie dobrej nawierzchni, ale to w Polsce niestety standard. Najważniejszy jednak pozostaje tfakt, że droga po 17.00 wyłączana jest z ruchu i można nią jeździć bezpiecznie. Longboarderzy utrzymują kontakty z ekipą z Czech, byli też na Słowacji w poszukiwaniu fajnych tras. – Trzeba uczciwie przyznać, że tamtejszy asfalt rządzi – opowiada Dawid. To dla nas szczególnie ważne, bo czasem mały kamyk może narobić ci dużych kłopotów. Zdarza się również, że życie utrudnia nam policja, zwłaszcza na Żarze, bo doskonale wiedzą, co i gdzie robimy. Jakiś czas temu miałem, na jednym z zakrętów, wypadek z udziałem motocyklisty – motor trochę się zniszczył, ja zubożałem o parę stów, obtarłem kombinezon, ale nic poważniejszego się nie stało. Czasami udaje się zamknąć trasy i mamy wówczas święty spokój, a policja jeszcze tego spokoju pilnuje. Zrobiliśmy tak organizując w 2008 roku zawody w Burowie koło Krakowa. Sporo chodzenia z tym było – po urzędach, sołtysach, leśniczych… każdy odsyłał nas gdzie indziej, ale w końcu zamknęliśmy legalnie drogę i zawody wypaliły w 100%. Ostatecznie, na nasze pierwsze zawody „narodowe” przyjechały również ekipy z Austrii i Czech. Byliśmy naprawdę zadowoleni – dodaje Maciek Chrost, przedstawiciel trzeciej dyscypliny z rodziny gravity sports – dirtsurfingu.
Na przełaj!
Choć w Polsce miejsc z dobrą nawierzchnią jest równie dużo co darmowych toalet na dworcach, to trudno nie zgodzić się, że spadzistych nieużytków ci u nas dostatek. A to wszystko, czego oprócz sprzętu potrzebują do szczęścia amatorzy dirftsurfingu. Sport ten powstał na bezdrożach Australii – stabilność ekonomiczna państwa prawdopodobnie rodzi w obywatelach naturalną potrzebę niestabilności, przez co łatwiej zrozumieć, dlaczego Polska nie jest ojczyzną żadnego ze sportów ekstremalnych. Dirftsurfing to rodzaj deski z dwoma kołami o średnicy 16 cali, przeznaczonej do jazdy w lesie, po bezdrożach lub asfalcie. Jak twierdzi posiadacz prędkościowego rekordu Polski w dirtsurfingu, Maciek Chrost, dyscyplina ta łączy cechy snowboardu i roweru – to pojazd stworzony dla wszystkich usychających latem z tęsknoty za śniegiem. – Skręcasz przechylając się do przodu lub do tyłu, a deska podąża za twoim ruchem, czyli tak jak na snowboardzie. Z rowerem ma to tyle wspólnego, że im szybciej jedziesz, tym większą utrzymujesz stabilność. Ponadto za tylną nogą znajduje się dźwignia hamulca, tak jak w rowerze, tarczowego lub typu v-break. Jeździmy zarówno po asfalcie, jak i downhillowo – po górskich szlakach. Gdy wybieramy się w góry, nie zakładamy skórzanych kombinezonów, lecz ubieramy się jak najwygodniej, rzecz jasna obowiązkowe są ochraniacze na łokcie, kolana, kręgosłup etc. – opowiada Maciek. Ceny desek wahają się od 1000 do 2000 PLN, czyli dość sporo jak na nasze warunki. Tańszy sprzęt przeznaczony jest tylko na asfalt, sporo ludzi wykorzystuje go też do zabawy z wiatrem, podpinając do nich latawiec kitesurfingowy albo kitewing. Najdroższe deski to te do downhillu, prócz aluminium mają amortyzującą część z tworzyw sztucznych – wylicza Maciek.
Tym, którzy nie mogą już spokojnie usiedzieć, w oczekiwaniu na swąd palonej podeszwy i mocne wrażenia, polecamy pierwsze polskie oficjalne forum sportów grawitacyjnych www.gravity-sports.pl/forum. Całej reszcie pozostaje zabawa z… liną. a raczej taśmą. Slacklining to sport, który możecie uprawiać w każdym parku, gdy tylko znudzi was frisbee. Polega na umiejętnym utrzymywaniu równowagi na rozpiętej np. między dwoma drzewami taśmie o szerokości kilku centymetrów. Z czasem można opanować różne ewolucje lub pójść na całość i zorganizować tzw. highline rozpiąwszy taśmę między naszym balkonem na siódmym piętrze a blokiem naprzeciwko. Za wszelkiego rodzaju uszczerbek na zdrowiu, do którego doszło po przeczytaniu powyższego artykułu, redakcja nie ponosi odpowiedzialności.


Zobacz też:






KONKURSY AKTIVISTA
Wielka Domówka! Pragnienie Imprezowania? SPRITE Zgasi!

RAY-BANY NA TWOIM NOSIE! ZAGRAJ O IMPREZĘ ŻYCIA!


WASZA MUZYKANagrałeś lub wyprodukowałeś
utwór muzyczny? Daj posłuchać!

WASZE RECENZJEMasz swoją opinię. Wyraź ją!
Czekamy na wasze recenzje muzyczne

WASZE LINKOWANIEPrzeczytałeś ciekawy artykuł w sieci lub znalazłeś coś ciekawego w sieci, podaj linka.



